Litość i trwoga
Oglądałam ostatnio prequel "Cichego miejsca" i poruszyła mnie scena w mieszkaniu. Schronieni w nim bohaterowie krzyczą w trakcie burzy. W tej jednej i chyba jedynej chwili, w której mogą. Z bezsilności głównie, pewnie i z rozpaczy. Bo słowa są nie do powiedzenia. I pomyślałam sobie wtedy o niewypowiedzianych krzywdach. Tych, które nosi się w sobie. Upycha, trzyma pod butem, ponieważ wydają się zbyt wielkie bądź zbyt małe na słowa. Gdyby przybrały ich kształt, mogłyby sprowadzić czyjś gniew, niezrozumienie lub - o zgrozo - narazić na śmieszność i upokorzenie. Lepiej zatem przypatrzeć się im u innych. Rzadko kiedy mogę powiedzieć, że rozumiem szeroko pojętą sztukę. Niby tam wiem jak i kiedy zostało coś zrobione, ale nie tego szukam. Nie dla mnie konstatacja konesera i cmoknięcie uznania. Mnie tam chleba i igrzysk. Poruszenia strun, o których nie miałam pojęcia. Otwarcia tam. Lubię, kiedy muzyka wędruje po skórze. Lubię, kiedy patrzenie na obraz zmienia rytm oddechu. Lubi...









