Cut me some slack

Matka tłumaczy zlęknionej Rose of Sharon:

Powiedz sobie, że nie jesteś sama na świecie, że prócz ciebie jest jeszcze dużo innych ludzi. (...) Nie jesteś znowu taka ważna ani taka zła, żeby Pan Bóg miał się o ciebie specjalnie kłopotać.

Ale nie jestem znowu taka ważna ani taka szczególna, żeby miał specjalnie na mnie popatrzeć przychylnie. 

Ah, jakoś mi ten Steinbeck chodzi po głowie. Dawno już temu s. namawiała mnie, bym przeczytała "Myszy i ludzie". I tak zwlekałam i zwlekałam, aż do tego roku, no i przeczytałam. I sięgnęłam po następne tytuły.

Są takie książki, które otwierasz i już po kilku zdaniach czujesz, że nie chcesz tego czytać. Nie dlatego, że proza jakaś nie taka czy fabuła nie zachęca. Czasami zaczynam czytać i już wiem, że to nie będzie pokrzepiająca lektura. Że czeka mnie zmierzenie się z historią, która zostawi mnie gorzką i cierpką. Poruszy tę jamę, którą tak procnie zalepiam. Krótkimi wrażeniami, chwilami dosytu, gestami, widokami, czasami dobrymi dniami. I zostawi z zadaniem ukonstytuowania jej na nowo. Przyjrzenia się jej ponownie, przetłumaczenia na język, który rozumiem, i który da mi poczucie i wolę sensu. A to czasami nie jest proste. 

Różnorodność tłumaczenia sobie pewnych rzeczy zatrzymuje mnie. Nierzadko męczy. Zdarza się, że i wzburza. Dlaczego potrzebuję podreptać wokół czegoś, powywlekać to na wszystkie strony, żeby było znośne, strawne, lżejsze? Nie może to być i już? Nie da się tego łyknąć jak pelikan, posłuchać jak świnia grzmotu? Dlaczego czasami jesteśmy jednymi z wielu, a czasami należymy do grona wyjątków? Dlaczego czasami nic za wszystko, a czasami wszystko za nic? Dlaczego czasami "tak bywa", a czasami "zasłużyłeś sobie" bądź "należało ci się"? Dlaczego czasami to jest takie proste, a czasami niemożliwie skomplikowane? 

Wytłumacz to sobie. Przełóż na ludzki, na twój. By sobą być dla siebie. Wciąż na nowo.

Męczę ten sam problem od lat. Wciąż te same pytania. Czy życie mi to robi, czy może ja sobie. 

Myślę, że sedno tkwi w tym, że chcę jednego klucza, który otworzy i zamknie wszystkie drzwi. Chcę ten odzwierzęcy, gęsty smutek przełożyć na ludzki. Znaleźć uniwersalne zaklęcie, jedną prawdę. Znaleźć słowa, które to coś poskromią, ujarzmią, uspokoją. I gdy już znajduję, pojawia się we mnie poczucie, że to nie tak do końca. Że tu pasuje, a tam nie. 

I czego się niby boję? Zmienności? Chaosu? Przecież wiem, że życie to nie kraina kucyków pony i tęczy. A jednak... Co się stanie ze mną, jeśli postawię na zmienność? Po głowie obija mi się zasłyszane kiedyś pouczenie - "cokolwiek sądzicie, bądźcie w swoich sądach konsekwentni". Jak tu być konsekwentnym, kiedy tyle wokół kruchości, czasu niebyłego, zapomnianego, kolejnych zwrotów akcji bądź przytłaczającej monotonii choć wierzgasz i kopiesz ile sił? Jak umościć się w jednej prawdzie, kiedy za chwilę orientuję się, że nie jest ona uniwersalna? Że nie wpada w żadne równanie? 

Czego się boję? Że jeśli jedno już uniosłam, to wezmę i drugie. Przywyknę. "Tak to już jest" - będę myśleć.  Gotująca się żaba. Na takie kulinaria się nie piszę. 

***

Męczę te same wątpliwości od lat. Czy życie mi to robi, czy może ja sobie? Nie wiem, ale czuję, że tego potrzebuję. Że to opowiadanie sobie świata pozwala mi iść. 

Znalazłam takie zdania u Gospodinowa: 

Opowiadanie jest częścią Sądu Ostatecznego, bo zmusza ludzi do zrozumienia. A jaki jest pożytek z rozumienia - nie wiadomo dokładnie.



Komentarze

Popularne posty