Litość i trwoga
Oglądałam ostatnio prequel "Cichego miejsca" i poruszyła mnie scena w mieszkaniu. Schronieni w nim bohaterowie krzyczą w trakcie burzy. W tej jednej i chyba jedynej chwili, w której mogą. Z bezsilności głównie, pewnie i z rozpaczy. Bo słowa są nie do powiedzenia. I pomyślałam sobie wtedy o niewypowiedzianych krzywdach. Tych, które nosi się w sobie. Upycha, trzyma pod butem, ponieważ wydają się zbyt wielkie bądź zbyt małe na słowa. Gdyby przybrały ich kształt, mogłyby sprowadzić czyjś gniew, niezrozumienie lub - o zgrozo - narazić na śmieszność i upokorzenie. Lepiej zatem przypatrzeć się im u innych.
Rzadko kiedy mogę powiedzieć, że rozumiem szeroko pojętą sztukę. Niby tam wiem jak i kiedy zostało coś zrobione, ale nie tego szukam. Nie dla mnie konstatacja konesera i cmoknięcie uznania. Mnie tam chleba i igrzysk. Poruszenia strun, o których nie miałam pojęcia. Otwarcia tam. Lubię, kiedy muzyka wędruje po skórze. Lubię, kiedy patrzenie na obraz zmienia rytm oddechu. Lubię, gdy czytane zdania rozchodzą się po głowie i języku. O, w słowach to wręcz uwielbiam się rozsmakować, umościć, ponosić ze sobą.
W filmach zaś zazwyczaj szukam tych momentów, w których zrywa się fasadę, grzeczności, obdziera z konwenansów, w nosie ma to całe wypada-nie-wypada, jak i co się powinno. Momentów, w których coś pęka i ta wewnętrzna gmatwanina zrywa się, pochłania wszystko na swojej drodze. Zastanawiam się wtedy, jak to jest. Czy to jak czuć wszystko czy raczej nie czuć już nic? I jak potem jest? Pusto? Spokojniej? Lepiej? I wodzi mnie ta myśl na pokuszenie...
Ale nauczono mnie głównie dzierżyć pysk, jak to mawiała B. Lepiej nie powiedzieć nic, niż wypluć za dużo.
I tak sobie oglądam, czytam, słucham. Wyprowadzam te głodne bestie. Choć trochę to smutne, a może i żałosne, że trzymam je na smyczy, dopóty wypuszczenie ich przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.


Komentarze
Prześlij komentarz